najważniejsze to mieć priorytety!
piątek, 22 września 2006
zażółć gęślą jaźń!

Marię chwyciło. Od pewnego czasu Mariu spędza każdą chwilę dnia na pisaniu pracy naukowej, która musi być długa i poprawna politycznie, naukowo i stylistycznie. Czasem (podkreślam: czasem) Mariu odezwie się do przypadkowo napotkanego na gg znajomego i zacznie z nim rozmawiać, niby dla odprężenia, a jak się po chwili okazuje celem wyładowania emocji i pochwalenia się nowym stylem życia.

Chodzi mianowicie o coś, czego prawie nikt korzystający z gadu, czatów, czy różnych innych środków komunikacji bezzwłocznej internetowej nie robi - o używanie polskich znaków diakrytycznych oraz klawisza podniesienia, tzw. klawisza Shift.

Słownictwo się jej poszerzyło, postawa roszczeniowa nastała. Mariu niczym profesor Miodek walczy o czystość języka pisanego.

Pozwolę sobie na parę cytatów:
O blogu - prosiłoby się o używanie poprawnej polszczyzny na owym dzienniku internetowym a nie o warcholstwo.
O przyszłości dalszej - po pracy magisterskiej wzbogacę mój wymów tutejszy także właściwym zastosowaniem zasad interpunkcji oraz przypisami w dowolnym stylu.
O przyszłości bliższej - jak skończę to będę pisać do Ciebie Wać Pan li i jedynie poprawną piękną polszczyzną bogatą w wyrazy obce.
O chwili obecnej - przemyślę zakup słownika wyrazów obcych, poprawnej polszczyzny i kilku innych.

A do tej pory to mnie uważano za purystę językowego. W mowie to jeszcze uchodzi, ale w piśmie?

poniedziałek, 18 września 2006
zapora

Pośród sesji właściwej, sesji poprawkowej, pracy, powrotu z Wyspy, przygotowań do wyjazdu do Rumunii i innych dzikich spraw organizacyjnych udało nam się wygospodarować kilka dni by wyjechać na łono natury. Zamieszkaliśmy w domku na podwórku u babci Ewy i jej córki niedaleko Polańczyka, a co za tym idzie Jeziora Solińskiego.

O samej podróży, atrakcjach w domku (w którym Mariu z Mateuszem spali na złączonych łóżkach co skutkowało tym, że Maria przytulała się do trzeciej kołdry przyściennej, Mateusz leżał w dziurze, Zaran jak to Zaran udał się na pięterko, a mnie przyszło znaleźć się między młotem a kowadłem) i naszych przeżyciach w Polańczyku pewnie tu ktoś napisze, ale ja chciałem wspomnieć największą atrakcję wyjazdu. Zaporę.

Zapora na codzień to jest to. W pierwszy dzień pojechaliśmy sobie zobaczyć samą zaporę, obejrzeć zachód słońca na tle zielonych wzgórz nad Soliną. Kiedy w końcu zaparkowaliśmy, ruszyliśmy wśród zapachu smażonych ryb (cena za 100 g, atrakcyjna, ale ryba waży trochę więcej, można się naciąć) na samą zaporę. Naszą uwagę przykuwały nieustannie deptakowe stragany z koralami, ciupagami, czapkami, futrami, balonami a na końcu z minipenisami-breloczkami, ejakulującymi pod naciskiem dłoni właściciela. Zapora jak to zapora. Robi wrażenie, można popatrzeć w dół z obu stron, zobaczyć ryby giganty, wsłuchać się w szum turbin, a także zjeść gofra, spróbować wyjąć z maszyny giga-pluszaka za piątkę i walnąć wino na rogu. Wtedy też zauważyliśmy baner zachęcający nas do zwiedzenia zapory i elektrowni. To miała być atrakcja dnia następnego.

Na drugi dzień zatrzymaliśmy się na płatnym parkingu przy zaporze i pełni ufności spytaliśmy się pana parkingowego którędy do elektrowni. Pan nas poinstruował: dwadzieścia metrów ścieżką, na skrzyżowaniu w prawo i jesteście. Okazało się, że trzeba zejść z góry pięćset metrów, iśc przez labirynt łąk, wbiec na asfalt i krzyczeć do pana strażnika, że my też chcemy zwiedzać, czego rączo podjął się Mateusz. Weszliśmy do wypasionego budynku, tam pani kazała nam wpisać się na listę podając adres i numer pesel, w ramach akcji "Zwalczmy naszych polskich terrorystów". Pan przewodnik wdał się z Marią w dyskusję na temat zajebistości ministra obrony, który akcję "Zwalczmy..." właśnie rozpoczął, po czym udaliśmy się do sali kinowej oglądać film o energii. Mateusz był w siódmym niebie, gdyż wiele alternatywności tam było, oilpeak i w ogóle.

Następnie pan przewodnik, bożyszcze pań, kazał nam zebrać się przed bramą elektrowni. Przewodnik został otoczony panami żądnymi technicznych szczegółów, opowiadał nam jak się robi prąd, ile ludzi rzuca się z zapory i pytał czy ktoś ma dużego kreta, który wykopie chodnik pod zaporą żeby ją złożyć na pół. Następnie poszliśmy do hali turbin, panie ziewały, panowie oglądali plany instalacji. Największą atrakcją było jednak wejście do wnętrza zapory. 97 stopni w dół, 97 stopni w górę, dwa kilkusetmetrowe chodniki we wnętrzu zapory, wilgotne, z wodami wyciskanymi ze skał płynącymi specjalnymi rowami w podłodze. Panowie zachwyceni, panie patrzą się na przewodnika. Na wszystkich największe wrażenie zrobiła potężna fuga oszczędnościowa - wielka dziura w środku zapory, na dwie trzecie jej wysokości, szerokość paru metrów i sporą głębokośc.

Jakoś trzeba było teraz wrócić na górę, by w chóralnym krzyku opierdzielić pana parkingowego. Nie było to takie łatwe, bo trzeba było przede wszystkim znaleźć drogę w trawiastym labiryncie. Całą wściekłość potęgował spory, pusty i przede wszystkim bezpłatny parking koło elektrowni. Ale udało się.

Siurrealizm zawsze i wszędzie. Bo chyba nie tego się po tej zaporze spodziewaliśmy.

12:25, djkapnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 września 2006
GRIMSBY cz.1

wycieczka do grimsby to nie przelewki. pierwszy punkt programu to wizyta na wiktorii. jako ze burzujsko kazda moja przygode z ziemia brytyjska rozpoczynalam od plyty lotniska stansted, nie bylo mi dane poznac wczesniej tej oazy przasnosci i swojskosci krajowej. a warto, bo bez tego czlowiek nie ma pojecia o sile poloni polskiej w najlepszej ze stolic. polonia na wiktorii dzieli sie oczywiscie na dwie grupy, przyjezdzajaca i wyjzdzajaca. w czesci przyjezdzjacej, ponad kolumnada autobusow sindbad, unosi sie niesmiertelny zapach kielbasy wiejskiej, wyciaganej juz po wyjsciu z autobusu, po pierwszm buziaku, z wypiekami na twarzy ze slawetnej juz reklamowki. tu smiech i lzy, nadzieja na lepsze brytyjskie zycie. w czesci wyjezdzajacej dramat. "oszukano nas, zbieramy na bilet powrotny" sciska za serce. o maly wlos nie dalabym mu dziesieciu funtow, przeciez mnie tu nikt nie oszukal. no nic, trzeba sie zajac  wlasnym zyciem i w zwiazku z tym podjelam probe kupienia biletu do grimsby. proba zakonczyla sie niepomyslnie, dostalam bilet tam i spowrotem do newsbry, w zwiazku z czym musialam sie ustawic w kolejsce  raz jeszcze. jak przyszla moja kolej biletow do grismby juz nie bylo (kto jezdzi do grismby???). nadarzyla sie jednak cudowna szansa zakupienia biletu do grismby z przesiadka z leicester. w desperacji, wierzac w siebie, jako ze w studiu sesja prawie do vogua, zdecydowalam sie na ten ryzykowny manewr.  cdn.

11:58, albanian_choir , Newsy z Wyspy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 września 2006
reklamówka

Myślałem, że już o niczym ze swego szpitalnego pobytu nie napiszę, ale ostatnio przypomniało mi się jedno ważne spostrzeżenie. Chodzi mianowicie o rolę reklamówki w życiu każdego Polaka.

Po pierwsze, w czasie wolnym, którego jakoś w szpitalu nie brakuje, wpatrywałem się w pozaszpitalne życie ludzi szpitala. Rano tabuny pielęgniarek dreptały ulicą z dyżuru lub na dyżur, po chwili pojawiali się lekarze. I pielęgniarki biegnące na autobus lub busa do Krzeszowic (pozdrowienia dla mieszkańców Miękini), i lekarze wsiadający do swoich wypasionych samochodów, które dobitnie wskazywały na to, że wielu ludzi w szpitalu wyleczono - wszyscy mieli swoje własne, dyżurne, wypchane papierami, zakupami, ubraniami reklamówki. Najlepiej jeśli jest to jakiś no-name ze spożywczaka, z kompozycją serów i owoców. W ostateczności może być reklamówka z jakiejś sieci handlowej, ale one są ubogie w swym artystycznym wyrazie.

Po drugie, zwykli ludzie, zarówno odwiedzający szpital, jak i przechodzący koło niego taszczyli swoje reklamówki. A w nich cały swój dobytek.

Po trzecie, każdy pacjent winien mieć reklamówkę. Ja nie miałem, a tu trzeba iść na konsultację do pani gastroenterolożki (patrz wpis dysdyskrecja czyli brak dyskrecji). Dostałem od pani pielęgniarki teczkę z historią choroby, z której wysypywały się wszystkie badania, wyniki, zdjęcia, dokumenty. Zapytałem więc:
A może dostanę jakąś lepszą teczkę? Bo tu wszystko mi się wysypuje.

Na co pani pielęgniarka, oburzona:
A to nie ma pan swojej siatki na to?

18:03, djkapnik
Link Dodaj komentarz »